Ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie pokładam nadzieję. W Bogu uwielbiam Jego słowo, Bogu ufam, nie bede się lękał: cóż może uczynić mi człowiek?.

Ps 56, 4-5

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.

I Kor 6, 12

Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga grzesznych zaginie

Ps 1

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj

św. Paweł z Tarsu

Wytrwajcie w miłości mojej

VI Niedziela Wielkanocy, Rok B.

+Słowa Ewangelii według Świętego Jana

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.

To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.

To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.

Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali».

Oto słowo Pańskie.

Rozważanie na VI Niedzielę Wielkanocną, Rok B.

„Wytrwajcie w miłości mojej”.

Dzisiejsze Słowo Boże poucza nas, że Bóg „nie ma względu na osoby”, że wszystkich miłuje, co więcej, od każdego człowieka oczekuje miłości. Jezus wychodzi do nas z czytelną propozycja, która może naszemu życiu nadać właściwy sens. Przychodzi do nas i daje nam niemalże gotową receptę na życie. Jako kochający nas Przyjaciel daje nam radę, plan, wskazuje właściwy kierunek. Tak mówi: „Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości”. ( J 15,9). Rada ta jest prosta i jasna, ale czy zawsze chętnie przyjmowana?

Oto kilka scen z życia: „ Szpital. Na łóżku leży babcia. Jest z nią źle. Błaga więc męża by ją zabrał do domu. Weź – mówi – wnet ci umrę. Ten zerwał się jak oparzony: zgłupiałaś, twoje łóżko już Zocha wystawiła na korytarz, a tam jest ciasno.... W niedzielę odwiedzają ją trzy córki. Niosą wieńce kwiatów. Na pokaz... Matka znowu błaga, płacze, obiecuje, że wnet umrze. Spojrzenia córek krzyżują się. Obiecują obłudnie. Staruszka niedługo potem umarła, ale umarła w szpitalu.... Duża poczta w Warszawie. Pewien mężczyzna chce zatelefonować ( nie było jeszcze komórek). Chce rozmienić banknot na drobne do automatu telefonicznego. Prosi o drobną przysługę panienki w okienkach. Obszedł kilkanaście okienek nadaremnie. Chodziło o drobiazgi – rozmienienie drobnej sumy, a nie o jałmużnę, ani o pożyczkę. Z pewnością niejedna z tych panienek uważała się za dobrą katoliczkę a może nawet przystępowała także do Komunii św. .... San Diego. Pewien misjonarz usiadł na ławce w niewielkim parku przy fontannie. Dzień był gorący. Tu i ówdzie siedzieli ludzie. Nie brak było też bezdomnych. Jeden z nich starszy mężczyzna z brodą, dziwacznie ubrany wyciągnął pęk bananów, rozejrzał się w prawo i lewo, urwał po kilka sztuk i podsuwał innym podobnym do siebie. Uśmiechał się przy tym i rozmawiał z nimi. Nie pytał o wyznanie, ani o przekonania”. ( za L. Grodzki, W blasku Słowa Bożego, tom B). „W jednym ze szpitali w Gdyni leżał chory marynarz. Był niewierzący. Odwiedzała go dziewczyna, która opiekowała się chorymi na terenie parafii, gdzie ów szpital się znajdował. Po kilku odwiedzinach chory spostrzegł, że jest dobra, miła i pobożna. Pewnego dnia zapytał ją: „Właściwie, co ty masz za to, że tutaj przychodzisz?”. Odpowiedziała, że nic, że robi to bezinteresownie. Postawił jej następne pytanie: „A dla kogo ty to robisz?”. „Dla Chrystusa, który mnie i pana także kocha” – odpowiedziała. Marynarz zmieszał się trochę, zaskoczyła go taka odpowiedź. Dziewczyna odwiedziła go jeszcze kilka razy. Kiedy chory powrócił do zdrowia i opuszczał szpital, kupił jej piękne róże i powiedział, dziękując za opiekę: „Zanieś te róże twojemu Chrystusowi”. (www.slowo.redemptor.pl/pl/1259/7814/vi-niedziela-wielkanocna.html).

Z powyższych przykładów, a także z naszej codzienności wyraźnie wynika, że są różne postawy ludzkie względem nawet najbliższych, a Chrystus daje tylko jedną radę, jedną receptę. Zaleca tylko jedno lekarstwo: „wytrwajcie w miłości mojej.... To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”.(J 15, 9-13). W czasach gdy dla wielu ludzi liczy się tylko sukces, kasa, sława i władza to słowo miłość staje się zwykłym frazesem, albo bardziej kojarzy się z seksem. W tym duchu działają różne środowiska lewackie i ateistyczne. Chorobą naszych czasów jest to, że niektórzy ludzie naprawdę nie wiedzą czym jest miłość. Może nie byli kochani w dzieciństwie, może ktoś ich skrzywdził i zranił, a może po prostu wmówiono im, że miłość to instynkt albo tylko seks. Nie dziwmy się, że tak łatwo rozpadają się związki małżeńskie oparte tylko na popędach a nie na prawdziwej miłości. Nie dziwmy się, że młodzi ludzie potrafią swego kolegę, albo zupełnie obcego człowieka zatłuc na śmierć, bo na nich krzywo popatrzył. Oburza nas chamstwo i brak poszanowania dla osób , które mają inne poglądy. Oburzają się nasze matki, żony i siostry, gdy pewna głośna grupa agresywnych kobiet walczy z nienarodzonymi i wykrzykuje na ulicy, że reprezentują wszystkie kobiety, a to jest nieprawdą, bo reprezentują tylko siebie lub swoich mocodawców. Patrząc na nie można sądzić, że są to osoby bardzo nieszczęśliwe, może ktoś je zranił, oszukał, a może to tylko zła wola. Trzeba się za nie modlić.

Oderwanie od wiary, od Chrystusa to także oderwanie od Miłości, od tej największej Miłości. Ofiarując nam swoją przyjaźń, swoją miłość, Jezus pragnie byśmy kochali siebie wzajemnie na Jego wzór. Mamy miłować drugiego człowieka dokładnie tak, jak umiłował nas sam Jezus Chrystus. Jaka to miłość? To właśnie największa miłość – przyjście na nasz świat, przyjęcie ludzkiej natury i wreszcie uratowanie nas od wiecznej zguby przez swoją mękę i śmierć na krzyżu. To miłość wielka, ale jednocześnie trudna. Ta miłość to ogromny wysiłek, cierpienie i oddanie życia. Taka miłość to właśnie lekarstwo na wszystkie ludzkie niedole. Ktoś oczywiście w tym momencie mógłby się obruszyć i sprzeciwić się w słowach: „to jest niemożliwe”, „człowieka na to nie stać”, „jesteśmy tylko ludźmi”, „miłość miłością, a życie życiem”. Nikt nie żąda od nas takiej ofiary jaką złożył Chrystus, ale każda prawdziwa miłość jest trudna i w pewnym sensie jest ofiarą, jest dawaniem siebie „kropla po kropli”. Ta miłość nie jest szukaniem za wszelką cenę przyjemności, zadowolenia, ta miłość troszczy się o to by drugi człowiek był zadowolony i szczęśliwy. Mąż zrobi wszystko by jego żonie było z nim dobrze, a ona z pewnością odpłaci tym samym i tak zrodzi się szczęście. O takiej trudnej miłości pisze pewien mężczyzna: „Wróciłem do żony, bo moje serce zostało połamane przez Boga i złożone całkowicie inaczej. Jako dorastający chłopak nauczyłem się służyć. Nie była to zwykła posługa w domu, ale tzw.«chłopak na posyłki». Z czasem czułem, że jestem wykorzystywany w domu, w szkole, potem w pracy. Rodzący się we mnie bunt spowodował, że zacząłem traktować innych ludzi dokładnie w taki sam sposób – jak służących. Pomiatałem nimi, nie liczyłem się z ich zdaniem, miałem ich za śmieci. Tak też było w wynajmowanym przez nas mieszkaniu, wobec mojej żony, dzieci. Oczywiście miłości było bardzo dużo – tej pokazywanej na zewnątrz, ale w środku wszystko się gotowało i z tygodnia na tydzień dochodziło do kolejnych kłótni, agresji, zranień. Jednego wieczoru wróciłem do domu i zastałem puste cztery ściany i kartkę, na której napisane było: «Nie jesteśmy twoimi służącymi!».

Najpierw wpadłem w wielkie nerwy, niemalże szał. Wydzwaniałem, jeździłem, szukałem ich, ale nikt nie wiedział gdzie są. Dzwoniłem również po znajomych, ale nie uzyskałem pomocy – zostałem sam. Wokół mnie było setki ludzi, a tak naprawdę byłem sam. Nie miałem nikogo, chociażby jednego przyjaciela, który mógłby mi pomóc. Wtedy przypomniałem sobie, że moja córka powiedziała kiedyś, że jej największym przyjacielem jest Bóg. Zacząłem się modlić… To była długa modlitwa. Prosiłem o to, bym nauczył się kochać, ale nie tak jak ja chcę kochać, ale tak jak Bóg mnie kocha. Następnego wieczoru zadzwoniła moja żona. W naszej rozmowie było dużo ciszy. Tydzień później sprzedałem mieszkanie i pojechałem do żony i dzieci, prosząc byśmy rozpoczęli wszystko od początku. Bóg połamał moje serce i utworzył z niego nowe – na wzór przyjaciela, a nie służącego”. (za; www.redemptor, jw.).

Trwać w miłości, to nie oznacza jakichś czynów heroicznych, to czasem dobre słowo, to życzliwa postawa, to troska o dobro drugiego człowieka, to chęć do pomagania, a jeśli trzeba to także do przebaczenia. Owo „Trwać” to jakby paciorki różańca, jest ich wiele, ale są powiązane ze sobą i z Krzyżykiem.

Ks. Henryk Krukowski.

Admin