Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.

I Kor 6, 12

Ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie pokładam nadzieję. W Bogu uwielbiam Jego słowo, Bogu ufam, nie bede się lękał: cóż może uczynić mi człowiek?.

Ps 56, 4-5

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj

św. Paweł z Tarsu

Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga grzesznych zaginie

Ps 1

Uciszył burzę

Uciszył burzę, Rozważanie na XII Niedzielę Zwykłą, Rok B.

Dziś 24 czerwca wypada uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela.

+Słowa Ewangelii według świętego Marka

Gdy zapadł wieczór owego dnia, Jezus rzekł do swoich uczniów: „Przeprawmy się na drugą stronę”. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.
Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się”. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.
Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?” Oto Słowo Pańskie.

Rozważanie na XII Niedzielę Zwykłą, Rok B.

Uciszył burzę.

Okolice Jeziora galilejskiego są świadkami wielu wydarzeń związanych z działalnością Jezusa. Nic w tym dziwnego, ponieważ większość Apostołów pochodziła z tych terenów a wielu z nich trudniło się połowem ryb. Jezioro pięknie położone otoczone malowniczymi górami bywa czasem niebezpieczne dla rybaków, czy obecnie dla turystów, ponieważ niespodziewanie zrywa się silny wiatr, który powoduje fale zdolne zatopić nawet dzisiejsze niewielkie stateczki. Mogą się o tym przekonać pielgrzymi, którzy wypływają stateczkiem na środek jeziora, czasem trzeba szybko wracać, lub zrezygnować z rejsu. Ci którzy mają okazję wypłynąć na jezioro odczuwają radość z podążania po śladach Chrystusa, a Polacy bardzo przeżywają moment wciągnięcia na maszt statku polskiej flagi i wysłuchania hymnu narodowego.

W dzisiejszej Ewangelii św. Marek opisuje zakończenie dnia Jezusa i Apostołów. Po całodniowym trudzie nauczania Jezus polecił Apostołom, aby łodzią przeprawili się na drugi brzeg jeziora żeby trochę odpocząć. Z pewnością był bardzo zmęczony bo natychmiast zasnął. Niespodziewanie zaczął wiać silny wiatr, a jego gwałtowność wzmagała się do tego stopnia, że, łódź zaczęła napełniać się wodą. Apostołowie chociaż byli doświadczonymi rybakami a także przyzwyczajeni do kaprysu żywiołów, tym razem naprawdę zlękli się widząc realne zagrożenie. Jest całkiem możliwe, że ten epizod zaistniał w zamyśle Bożym, aby wypróbować wiarę i zaufanie uczniów Jezusa. Apostołowie widzieli już wiele z Jego wielkich dzieł, słyszeli Jego cudowną naukę, byli świadkami cudownego połowu ryb, widzieli jak leczył chorych, a nawet jak wskrzeszał umarłych, więc do tej pory ich wiara w Jego wszechstronną moc powinna się wzmocnić. Może jeszcze słabo wierzyli, może nie zawierzyli, nie zaufali do końca i dlatego przeraziła ich ta trudna sytuacja: „Nic Cię nie obchodzi, że giniemy?” (Mk 4, 38). Jezus ocknąwszy się rozkazał morzu i wiatrom by się uspokoiły i zaraz się uciszyły a jednocześnie powiedział: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” ( Mk 4, 40). Jest napisane, że wiatr ustał i morze się uciszyło. Stało się to nagle, na rozkaz Jezusa. Doświadczeni rybacy od razu zrozumieli, że to nie przypadek, ale że to prawdziwy cud. W tym wydarzeniu Jezus jeszcze raz ukazał swoją Boską moc i uświadomił, że jest zawsze z tymi, co Mu ufają.

Przeżycia i doświadczenie Jezusa oraz Apostołów podczas tej burzliwej nocy są także obrazem, zapowiedzią niejednej burzy w dziejach Kościoła i w historii każdego człowieka. Mimo zaciekłego zwalczania i prześladowań Kościół przez te dwa tysiąclecia przetrwał wszystkie burze, nie tylko przetrwał, ale nawet wyszedł wzmocniony. W naszych czasach prześladowania Kościoła wcale nie ustały, przeciwnie - są największe w całej historii, tylko w roku 2015 zginęło za wiarę około dwudziestu kapłanów i sióstr zakonnych, a w Meksyku w roku 2018 w ciągu jednego tygodnia zamordowano aż trzech kapłanów. Nie są to wszystkie wypadki, bo w różnych punktach kuli ziemskiej są prześladowani duchowni i świeccy. Czy Jezus tego nie widzi? Czy „śpi”? Widzi i nie śpi.

Trzeba zaufać, trzeba sobie przypomnieć Jego słowa: „...miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat”. (J, 16, 33). Dotyczy to losów całego Kościoła, dotyczy to także losów naszych osobistych. Niejednokrotnie świat się nam wali, przeżywamy różnego rodzaju burze w życiu osobistym, jesteśmy zrozpaczeni, może nawet tracimy wiarę. Przykładem niech będą fragmenty świadectwa Krzysztofa: „Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość..., a życie moje nie było szczęśliwe. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat, przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych „normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda – jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję....Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie – zaparłem się Boga. Po chwili pomyślałem, ale „ze mnie żenada”, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie.

Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy. Aby żyć na dotychczasowym poziomie, postanowiłem rozpocząć własną działalność gospodarczą, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić z dochodów firmy. Po czasie pieniądze się skończyły, obrót w firmie był marny, ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka.

Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam, drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarnie złe. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego, nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie. – Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat (tyle, ile ten człowiek, przy sadzawce Betesda).

Była sobota około godziny 23:00. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle – Wszechogarniający pokój… Jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję. Potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta, wszędzie, biała, tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Było mi tak dobrze. W życiu nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już, moja dusza wiedziała (mimo, że byłem przed sekundą pijany, dusza moja była trzeźwa): To Ty jesteś, Jezu, (stwierdzenie ze zdziwieniem). Istniejesz naprawdę. Pewność, radość. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Już dusza moja wie i pragnie poznawać Ciebie w każdej sekundzie więcej i więcej, chcę o Tobie wiedzieć jak najwięcej, być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia i jeszcze dłużej. Były to słowa Jezusa: KOCHAM CIĘ(ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie strumieniami (to nie był zwykły płacz, ale rzeki łez). Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę”. (http://wobroniewiaryitradycji.wordpres.com/czas-swiadectw/) Ta burza została uciszona, tak samo jak tam na jeziorze uciszył ją Jezus. Trzeba tylko Go o to prosić, trzeba zaufać, trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że burza w naszym życiu może zmienić coś na lepsze.

Ks. Henryk Krukowski.

Admin