Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga grzesznych zaginie

Ps 1

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.

I Kor 6, 12

Ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie pokładam nadzieję. W Bogu uwielbiam Jego słowo, Bogu ufam, nie bede się lękał: cóż może uczynić mi człowiek?.

Ps 56, 4-5

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj

św. Paweł z Tarsu

Chełmskie pielgrzymowanie

Od chwili urodzenia każdy z nas staje się „pielgrzymem” pokonującym czas oraz przestrzeń i podążającym do kresu. Dla jednych będzie to tylko koniec wszystkiego, natomiast dla wierzących oznacza to przejście do „Domu Ojca”. W tym pielgrzymowaniu nikt nie jest osamotniony, ani też pozbawiony czułej, a jednocześnie dyskretnej pomocy. Dla zwykłego pielgrzyma konieczny jest pokarm i woda, dla pielgrzymowania w szerszym znaczeniu potrzebna jest pomoc z nieba. Bóg daje nam taką pomoc, na naszej drodze życia pojawiają się źródła wprost zachęcające, aby przyjść, pochylić się i zaczerpnąć zdrowej zimnej wody. Jedne źródła biją już od lat, niektóre są bardo duże słynące z obfitości wody, inne dopiero się pojawiają, na początku jeszcze małe i dopiero rozpoznawane. Takim źródłem tu na wschodnie Polski jest Chełmska Góra, a ściślej cudowna ikona Matki Bożej. Nie znamy dokładnej daty gdy z woli Bożej źródło to zaczęło dawać życiodajną wodę. Jedni twierdzą, że stało się około roku 1001, inni, że za panowania jedynego króla Rusi Daniela około roku 1260. Pewne jest, że od XIII wieku Bóg w znaku ikony Maryi obdarza ludzi niezliczonymi łaskami. W tym czasie wschodnie tereny dzisiejszej Polski były zamieszkane w większości przez Rusinów reprezentujących wschodnie chrześcijaństwo a Kościół był już niestety podzielony. Jednak za panowania króla Daniela na kilkadziesiąt lat odnowiono zerwane więzy ze Stolicą Apostolską, a więc należy przypuszczać, że Chełm był miejscem modlitw dla chrześcijan wschodu i zachodu. Przez pewien czas „Chełmskie źródło” było mało znane, ponieważ wydarzyło się tu wiele tragedii jak najazdy Tatarów, wojny i pożary. Okazało ono ponownie swoją siłę po kolejnym odnowieniu jedności po roku 1596. Pod opieką biskupów i mnichów unickich stawało się coraz piękniejsze przyciągające pielgrzymów z różnych stron Rzeczpospolitej. Po roku 1875 Rosjanie zaprowadzili tu swoje porządki, władając tym miejscem aż do I wojny, podczas której obraz wywieziono z Chełma. W wolnej Polsce zastąpiono go repliką wykonaną w 1938 roku. Oryginalny obraz uważany za zaginiony wrócił na krótko do Chełma podczas ostatniej wojny, a potem znowu o nim słuch zaginął. W ukryciu i konspiracji prawdopodobnie przetrwał epokę komunizmu, aby w 1996 roku ujawnić się ponownie w Łucku. Polska strona twierdzi, że nie ma całkowitej pewności czy jest to rzeczywiście autentyczny obraz. Wątpliwości zrodziły się z tego powodu, że strona ukraińska do badań nie dopuściła specjalistów z innych krajów. Dla nas wierzących nie to jednak większego znaczenia bo wiemy, że dawcą wszelkich łask jest Bóg, że rozdziela je przez Maryję i Świętych. Nie jest ważne który obraz znajduje się w sanktuarium, ważna jest nasza wiara i zaufanie. Patrząc na ikonę Maryi znajdującą się w głównym ołtarzu chełmskiej Bazyliki możemy sobie wyobrazić, że zaglądamy do okna, w którym wprawdzie Ją dostrzegamy, ale jesteśmy oddzieleni grubą szybą, przyjdzie jednak czas, jeśli się o to dobrze postaramy, że zobaczymy Ją w niebiańskiej chwale.

Spoglądając z wysokości ołtarza polowego na zebrane przed chełmską Bazyliką rzesze wiernych w dniu 8 września 2017 roku moje myśli wybiegły daleko wstecz, do czasów dzieciństwa, do tamtego dawnego pielgrzymowania. W kazaniu Ks. Biskup Witalij Skomorowski pięknie przywołał postać matki, która zawsze pełniła bardo ważną rolę w życiu dziecka przekazując to, co najważniejsze. Te słowa biskupa z Łucka gdzie znajduje się oryginał Ikony Chełmskiej przywołały wspomnienia i postać mojej matki, która zaszczepiła we mnie głęboki kult do Matki Bożej Chełmskiej. W naszym domu na głównej ścianie zawsze wisiał czarno – biały obraz M. B. Chełmskiej bez koron, a w okolicy było mnóstwo małych kapliczek także z Jej wizerunkiem. Przed wojną i po wojnie matka każdego roku wędrowała do Chełma na „Fest” jak się u nas mówiło o tym odpuście. Moja pamięć sięga do czasów dzieciństwa gdy wraz z sąsiadkami przygotowywały się do pielgrzymki najczęściej pieszej w niewielkiej grupie, czasem samotnie. Z biegiem lat forma pielgrzymowania zmieniła się. Kilka rodzin mających dobre konie szykowały wóz konny tzw. „żelaźniak” czyli pojazd wyprodukowany przez miejscowego kowala, który zamiast opon miał żelazne obręcze. W drewnianej skrzyni tzw. „furgonie” umieszczano siedzenia wykonane ze słomy pokryte jakimś kocem, na których mogło usiąść około sześciu osób. Trzeba przypomnieć, że szosa z Lublina do Chełma nie miała wtedy nawierzchni asfaltowej, była wykonana z solidnych cegieł. Wóz konny toczący się po takiej drodze wydawał ogromny turkot, a kilka godzin jazdy powodował ból głowy i sztywność nóg. Zawsze z niecierpliwością czekaliśmy na powrót matki spodziewając się, że przywiezie jakąś pamiątkę. Tak też było, matka przywoziła czasem aluminiowe medaliki z wybitym wizerunkiem M. B. Chełmskiej, albo niewielkie obrazki. Na jednych widniał piękny i ciepły wizerunek Maryi bez koron, ale za to z tekstem oryginalnej pieśni, na innych zaś już w koronach spoglądała na nas dostojna Pani. Któregoś roku czekaliśmy długo na powrót matki, ktoś poinformował nas, że samochód ciężarowy kierowany przez pijanego kierowcę staranował wóz którym wracali z Chełma. Rzeczywiście zginęła jedna z uczestniczek, matka wróciła nieco poturbowana, ale szczęśliwa.

Zawsze bardzo chciałem uczestniczyć w tym wielkim święcie całej Ziemi Chełmskiej, ale rodzice nie zgadzali się, tłumacząc, że jestem jeszcze za mały. Wreszcie przyszedł ten dzień, ciepły słoneczny, pamiętam go do dziś. Przyjechaliśmy do Chełma nie komunikacją ale „żelaźniakiem”, który musiał zostać daleko poza miastem. Na Górę Chełmską przybyliśmy już 7 września 1957 roku na uroczyste nieszpory. Przed Bazyliką, wtedy mówiono Katedrą ustawiono olbrzymie podium z ołtarzem, w którym nie było jeszcze wizerunku Chełmskiej Pani. Przybyło wielu pielgrzymów bo to miał być dzień powtórnej koronacji Cudownego Obrazu. Widocznie komuś bardzo zależało, aby Matce, a także Jej dzieciom wyrządzić wielką przykrość, bo za rządów „władzy ludowej” kilkakrotnie zrabowano korony i sukienki. Pierwszy raz korony zdjęli Rosjanie po kasacie Unii w 1875 roku ale pozostawili je w muzeum. Po wszystkich zawirowaniach historycznych okresu zaborów świątynia na chełmskiej Górze wróciła do katolików, którzy tam pielgrzymowali coraz liczniej. W roku 1945 po zakończonej II wojnie obraz ponownie wniesiono do świątyni, jednak wkrótce skradziono autentyczną koronę z roku 1765 i współczesną koronę Dzieciątka. Ufundowano nowe korony które w 1946 roku uroczyście poświęcił i założył Stefan Wyszyński wówczas biskup lubelski. Te korony skradziono z 12 na 13 września 1956 roku, ale czciciele Maryi i tym razem ufundowali nowe wraz z sukienkami i już 8 września 1957 roku biskup lubelski Piotr Kałwa poświęcił je i założył na skronie Chełmskiej Pani.

„Władza ludowa” utrudniała jak tylko mogła wiernym możliwość przybycia do sanktuarium. Odwoływano autobusy i pociągi, nasilono kontrole na drogach, tak że kierowcy ciężarówek nie mogli brać pasażerów do kabiny, szykanowano woźniców, którzy dość często płacili wysokie mandaty. Takie działania miały miejsce każdego roku w okolicach 7 i 8 września. Mimo to na uroczystość powtórnej koronacji przybyło wyjątkowo dużo pielgrzymów, pieszo, na rowerach, furmankami i tylko sam Bóg wie w jaki jeszcze sposób. Dla mnie jedenastoletniego chłopca było to najwspanialsze wydarzenie jakie przeżyłem. Wprawdzie uczestniczyłem w różnych nabożeństwach i odpustach, ale tylu ludzi modlących się całą noc i prawie cały dzień jeszcze w życiu nie widziałem. Byłem wszystkim zachwycony, pięknem melodii śpiewanych nieszporów, a następnie różnymi innymi nabożeństwami. Wtedy po raz pierwszy poznałem opiekuna i proboszcza tego świętego miejsca Ks. Kan. Marcelego Mrozka, który niestrudzenie przewodniczył śpiewom. Plac otaczający świątynię nie był specjalnie oświetlony, nagłośnienie też nie najlepszej jakości, aby podtrzymywać śpiew należało stać przy ambonie i dyrygować. Tę rolę doskonale pełnił Ks. Marceli dyrygujący z zapaloną latarką w ręku. Modliliśmy się do późnej nocy, ale ja już dobrze odczułem zmęczenie, widząc to moja matka zaprowadziła mnie do dalekiej rodziny mieszkającej w bloku na „Dyrekcji”. Na dzień koronacji przybyło jeszcze więcej ludzi, uroczystość rozpoczęła się procesją z cudownym Obrazem. Po raz pierwszy miałem okazje z bliska spojrzeć na oblicze Tej najlepszej z Matek. Od tej pory w miarę możliwości każdego roku pielgrzymowałem do Chełma. To miejsce ma w sobie coś szczególnego, coś co do siebie „przyciąga” jak magnes. Podobnie na mnie oddziałuje Ziemia św. i Fatima.

Wrogowie Kościoła wiedzieli o tym doskonale, dlatego zawsze utrudniali pielgrzymowanie a szczególnie 7 i 8 września 1964 roku zachowywali się jak podrażnione osy. Na zakończenie „Diecezjalnych Dni Maryjnych” zaproszono na chełmskie uroczystości Ks. Kardynała Prymasa Stefana Wyszyńskiego cieszącego się wielkim autorytetem wśród wielu Polaków, niezłomnego obrońcy Kościoła i Polski. W naszej ojczyźnie coraz bardziej nasilano ateizację i zaciekłą walkę ze wszystkimi przejawami religijności. Wyrzucono ze szkół religię, nie pozwalano na budowę nowych kościołów, inwigilowano kapłanów i inne znaczne osoby. Głoszono, że „religia to opium dla ludu”, że religijność Polaków to ciemnota. Liczy się tylko komunizm w wydaniu Związku Sowieckiego. Mniej więcej w tym samym czasie z przerwami trwał w Rzymie Sobór Watykański II, a w kraju Wielka Nowenna – przygotowanie do Tysiąclecia Chrztu Polski. Obecność Prymasa w Chełmie w mieście które w zamiarze komunistów miało być kolebką władzy ludowej i PKWN-u stała się jakby czerwoną płachtą na byka. Miasto i okolice obstawiano milicją, ormowcami, tajniakami i wojskiem. Wzmożono kontrole na wszystkich drogach, postępowano podobnie jak dziś w krajach gdzie dochodzi do zamachów terrorystycznych. Szkołom nakazano dokładnie sprawdzać listę obecności, aby przypadkiem jakieś dziecko nie udało się na uroczystości. Ja wtedy byłem uczniem przedostatniej klasy liceum w Siedliszczu oddalonym od Chełma 25 km, w głębi serca nosiłem zamiar udania się do Chełma, ale we wszystkich szkołach ogłoszono, że każdy kto odważyłby się pojechać na uroczystości zostanie usunięty ze szkoły. Co zrobić? Chciałem bardzo zobaczyć i posłuchać Prymasa. A jednak Matka Boża Chełmska mnie wysłuchała i znalazła sposób, aby się tam znaleźć. W naszym liceum przygotowywano jakąś imprezę, potrzebne były dekoracje z brystolu, którego zabrakło. Na miejscu go nie znaleziono, a sprawa bardzo pilna, można go kupić tylko w mieście powiatowym. Nie namyślając się zgłosiłem gotowość wyjazdu motocyklem do Chełma, ale poprosiłem dyrektora, aby mi dał kogoś do pomocy. Wprawdzie swego pojazdu nie miałem, ale miał go wikariusz Ks. Stanisław. Na jego WSK wraz z kolegą Leszkiem pojechaliśmy do Chełma, wszystko poszło pomyślnie, zrobiliśmy potrzebne zakupy i uczestniczyliśmy w Sumie odpustowej. Do szkoły przesłaliśmy wiadomość, że złapaliśmy gumę i wrócimy nieco później. Nigdy nie zapomnę słów Prymasa Wyszyńskiego wygłoszonych z tej okazji, przytaczam je dosłownie ponieważ oddają atmosferę tamtych czasów. Oto one: „Najmilsze Dzieci, pójdziemy aby składać Matce Najświętszej nasze zwycięstwa nad sobą. My nie walczymy z nikim. Najwyżej się modlimy. Gdy tutaj jechałem, to zauważyłem jakoś troszeczkę jest za dużo ludzi uzbrojonych. I tak odruchowo wziąłem się za kieszenie, czy też to i ja mam coś takiego w kieszeni groźnego i znalazłem różaniec. Ten nie zabija. Więc o co się ludzie niepokoją, gdy przyjechał Prymas do Chełma. Przecież ja nie będę tu wojny prowadził, ja przyszedłem się modlić z wami Dzieci Najmilsze i dlatego moja broń to jest różaniec. O co więc się boją ludzie uzbrojeni człowieka bezbronnego. I Was się nie potrzebują bać. My jesteśmy dziećmi Bożego pokoju i Bożej miłości. Przyszliśmy w ciszy, w pokorze, skupieniu, modlimy się dostojnie i tak też spokojnie się rozejdziemy. Uspakajam więc was, uzbrojeni bracia, uspokójcie się, śpijcie sobie spokojnie, nic was złego nie spotka, my się tu modlić będziemy i za was, pełniących nakazany wam obowiązek.” Szykany, kontrole nie na wiele się zdały, do Chełma ludzie dostawali się czym kto mógł.

W 1965 roku rozpocząłem studia w Wyższym Seminarium Duchownym w Lublinie, które było zespolone z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, co chroniło nas między innymi przed poborem do wojska. Na moim roku studiował Tadeusz kolega z Chełma, oraz drugi Tadeusz bratanek proboszcza z Chełmskiej Góry. Każdego roku spotykaliśmy się 8 września u stóp Chełmskiej Pani, modląc się i wspomagając miejscowych kapłanów. W miarę możliwości każdego roku starałem się tam być na odpuście 8 września. Zmieniały się czasy, Sanktuarium chełmskie stawało się coraz bardziej miejscem wielu wydarzeń związanych z burzliwą historią naszej ojczyzny. Mimo różnych szykan, zakazów a nawet kar nowy kustosz Ks. Inf. Kazimierz Bownik umiejętnie kierował wszystkim z pożytkiem dla Boga i ludzi. Trzeba zaznaczyć, że kapłani chełmscy musieli żyć i działać w bardzo trudnych warunkach politycznych, a także mieszkaniowych. Na Chełmskiej Górze znajduje się sporo różnych zabudowań, ale wtedy były one zasiedlone przez ludzi nie wiele mających wspólnego z Kościołem. Trzeba było niemal anielskiej cierpliwości, aby doprowadzić do takiego stanu, by kapłani i siostry zakonne mogły mieszkać w godziwych warunkach. Z wielkim taktem i cierpliwością Ks. Infułat odzyskiwał pomieszczenia, remontował i gromadził lud Boży, a także zapraszał na uroczystości bardzo wielu kapłanów. Na prośbę Ks. Infułata kilka razy pielgrzymowałem do Chełma wioząc ze sobą mój duży piękny obraz Matki Bożej Chełmskiej, który umieszczano na ołtarzu polowym. Do Matki niejednokrotnie przywoziłem też grupy ministrantów oraz scholę z Turobina i Horodła. Wdzięczny jestem także Ks. Prałatowi Tadeuszowi Kądziołce mojemu koledze z roku studiów, któremu ciągle powtarzałem: choćbyś nie zaprosił to i tak przyjadę. Pielgrzymowałem nie tylko na odpusty, ale również zapraszano mnie w styczniu w Tygodniu Modlitw o Zjednoczenie Chrześcijan na Mszę św. w obrządku bizantyjsko – ukraińskim. Chcę też podziękować obecnemu Kustoszowi Ks. Andrzejowi Sternikowi za to, że mogę w dalszym ciągu kontynuować swoje pielgrzymowanie na „Fest” do Chełma. Można się tylko cieszyć, że te uroczystości stają się coraz bardziej uroczyste i obecne w przestrzeni archidiecezjalnej. Tego przecież pragnął biskup lubelski Leon Fulman, który po latach niewoli je reaktywował. 

Admin