Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.

I Kor 6, 12

Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga grzesznych zaginie

Ps 1

Ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie pokładam nadzieję. W Bogu uwielbiam Jego słowo, Bogu ufam, nie bede się lękał: cóż może uczynić mi człowiek?.

Ps 56, 4-5

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj

św. Paweł z Tarsu

Niemieckie zbrodnie

Należy nam się od Niemców moralne i materialne zadośćuczynienie za popełnione przez nich zbrodnie i grabież

Prof. Wojciech Polak

Książka „Zbrodnia i grabież”, którą napisałem z prof. Sylwią_Galij-Skarbińską, jest pewnym punktem wyjścia do dialogu polsko-niemieckiego, ale dialog musi zacząć się od prawdy. Wychodzimy bowiem z założenia, że stosunki polsko-niemieckie od 1945 r. są w gruncie rzeczy zakłamane, że jest to pewna gra pozorów. Zwłaszcza po 1990 r. jest to polityka ciągłego mizdrzenia się, wywołana także względami bieżącymi. Myśleliśmy, że Niemcy będą naszym przewodnikiem do Unii Europejskiej, ale okazało się, że wcale nie tak bardzo, bo Niemcy załatwiali przy tej okazji rozmaite swoje interesy.

Nasi sąsiedzi zza Odry traktują Polskę obecnie w sposób lekceważący, a wszystkie zaszło-
ści historyczne uważają za przedawnione. Tymczasem zbrodnie, jakie popełnili oni w czasie II wojny światowej, są niewyobrażalnie wielkie i właściwie do dzisiaj jeszcze nie do końca przebadane. Wiemy, że zginęło z rąk niemieckich pomiędzy 5 a 6 min Polaków, a straty materialne szacuje się dzisiaj na około bilion euro. Są to jednak tylko bardzo pobieżne rachunki. Do tego doliczyć trzeba
1 min 700 tys. Polaków wywiezionych do Niemiec, zmuszonych tam do morderczej, niewolniczej pracy, 200 tysięcy porwanych w celu zniemczenia polskich dzieci, które w większości nie wróciły
do rodziców, rabunek dzieł sztuki, które nadal są często w rękach niemieckich. Niemcy mają wiele takich dziel sztuki dobrze pochowanych i nie chcą podejmować na ten temat żadnych rozmów. Lista
strat wojennych sporządzona przez Ministerstwo Kultury jest bardzo długa. Ogólnie rzecz biorąc bowiem Niemcy zrabowali z Polski pół miliona dzieł sztu­ki o wartości przekraczającej 11 mld zł.

Przykładem niemieckiej niegodziwości jest dla mnie niewielki zabytek z Czerwińska pod Warszawą, a dokład­nie z tamtejszej bazyliki romańskiej, w której bocznych drzwiach znajdowała się piękna kołatka z brązu z ok. X-XII w., z wyobrażeniem głowy lwa. Została ona zrabowana przez słynnego niemieckie­go profesora-szabrownika Dagoberta Freya. Gdy w czasie okupacji przyjechał do Czerwińska, tak się w nią zapatrzył, że od razu kazał ją demontować i zabrał ze sobą. Dzisiaj wiemy, że ukradziona ko­łatka znajduje się w Stuttgarcie. Policja niemiecka mogłaby ją odzyskać w ciągu kilku dni, ale oczywiście tego nie zrobi.

Niemcy w ogóle z nami na temat grabieży dokonanej przez nich w czasie okupacji nie rozmawiają. Jeszcze w latach 1960. istniało przynajmniej u niektórych Niemców poczucie winy, były pewne inicjatywy, związane także z Kościołem katolickim, czy z Kościołami protestanckimi. Dzisiaj w gruncie rzeczy owego poczucia winy nie ma. Niemcy mają roszczenie do bycia państwem normalnym, europejskim, a obciążenia historyczne odrzucają, nie chcą do nich za bardzo wracać. Samopoczucie poprawiają sobie zrzucając zbrodnie dokonane przez nich w latach 1939-45 na - jak to się czasem określa - mitycznych nazistów. Rabowali, grabili mordowali nie Niemcy, tylko naziści.

Polityka zrzucania winy na nazistów sięga już lat 1950. i jest to niestety działanie celowe, żeby
w narracji używać określenia „nazista”. Jest to też obliczone na pewną ignorancję historyczną ludzi, zwłaszcza w Europie Zachodniej czy USA. Co tu się oszukiwać, przeciętny Amerykanin, Francuz, czy mieszkaniec Wielkiej Brytanii historię zna słabo. Historią Polski czy Europy Środkowej nie interesuje się w ogóle. Na dodatek zachodzą pewne skojarzenia: jeżeli obozy koncentracyjne były na ziemiach polskich - Auschwitz, Treblinka, Stutthof, Majdanek itd. - to chyba Polacy je stworzyli - myśli np. przeciętny student. Test przeprowadzony na Sorbonie, w którym zapytano, kto to byli naziści, wykazał, że 70% studentów francuskich odpowiedziało, że byli nimi Polacy. Studenci amerykańscy odpowiadają z podobnym odsetkiem.

Jest w tym także celowa polityka tuszowania, fałszowania historii przez Niemców, którzy po II wojnie światowej nie rozliczyli się ze swoich strasznych zbrodni. Gdy tylko na początku lat 1950. RFN odzyskała su­werenność, natychmiast zniesiono karę śmierci, żeby, broń Boże, kogoś nie skazać na ten najwyższy wymiar kary. Jeszcze władze okupacyjne trochę tych najwięk­szych zbrodniarzy ukarały, a potem była to już parodia wymiaru sprawiedliwości. Można tu podawać rozmaite przykłady. Max Pauly, komendant obozu koncen­tracyjnego w Stutthofie, został skazany na karę śmierci jeszcze za czasów oku­pacji Niemiec przez wielkie mocarstwa. Jego następca w Stutthofie od 1942 r. Paul Werner Hoppe, który wybudował tam komorę gazową, obciążony jeszcze większymi zbrodniami, odpowiedzialny m.in. za śmierć w obozie wielu tysięcy lu­dzi (nie tylko w komorze gazowej, ale też w egzekucjach i podczas tzw. ewakuacji), stanął przed sądem RFN w 1955 r. i dostał jedynie karę 5 lat i 3 miesięcy więzienia. W rozprawie rewizyjnej podwyższono mu ją co prawda do 9 lat, ale wkrótce, w 1960 r., wyszedł z więzienia ze wzglę­du na stan zdrowia i żył sobie spokojnie do śmierci w 1974 r. To typowy, klasycz­ny przypadek.

Jeżeli Niemcy twierdzą dzisiaj, że ukarały zbrodniarzy hitlerowskich, to jest to wierutna kpina. Bez kary w ogóle zostało 99% zbrodniarzy hitlerowskich. A jeżeli nawet ktoś dostał dożywocie, to często oznaczało ono jedynie 3 albo 5 lat więzienia. Takie przykłady można by mnożyć. Mało tego, elity pań-
stwowe RFN w dużej części składały się z ludzi związanych z reżimem hitlerowskim. Połowa ministrów sprawiedliwości RFN należała kiedyś do NSDAP. W sądownictwie działało wielu sędziów, którzy w latach okupacji popełniali zbrodnie na Polakach. Hans-Werner Giesecke, który był prokuratorem w procesie pocztowców gdańskich, w latach 1940-45 został sędzią sądu wojskowego, któremu udowodniono 34 wyroki śmierci wymierzane za drobne wykroczenia. Po wojnie objął
funkcję dyrektora sądu krajowego we Frankfurcie nad Menem. Kurt Bode sędzia, który wydał na pocztowców gdańskich wyrok śmierci, został po wojnie wiceprzewodniczącym Hanzeatyckiego Wyższego Sądu Krajowego w Bremie i nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie. Dodajmy, że pocztowców zrehabilitowano w RFN dopiero w 1995 r., przyznając rodzinom jednorazowo 5 lub 10 tysięcy marek odszkodowania, podczas gdy wdowy po esesmanach dostawały wówczas
miesięcznie renty w podobnej wysokości. Tak oto Niemcy rozliczali się ze swoich zbrodni. Można by tu szeroko mówić o leka­rzach, którzy popełniali zbrodnicze eks­perymenty, a którzy w ogóle za to nie odpowiedzieli. Także choćby o pielęgniar­kach niemieckich w Międzyrzeczu, które chorych psychicznie pacjentów kierowa­ły do komór gazowych i odpowiadały za śmierć 8 tys. ludzi, a właściwie nie zostały w ogóle skazane. Powojenne niemieckie elity polityczne stanowili w większości ludzie zaangażowani w reżim hitlerow­ski, do których zaliczał się także kanclerz Niemiec z lat 1966-69 Kurt Kiesinger, były szef działu propagandy w komórce NSDAP w hitlerowskim MSZ. Dodajmy do tego wojsko - pierwszy generał, który w młodości nie był członkiem NSDAP, po­jawił się w Bundeswehrze dopiero w roku 1978. Do tej pory wszyscy byli w NSDAP.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze dzisiaj niemiecka polityka historyczna szczególnie kłamliwa i szczególnie bez­czelna. To nie jest tylko ten chwyt z nazi­stami, to także inne mity: mit rycerskiego Wehrmachtu, który rzekomo - jak twier­dzi się w Niemczech - nie popełniał zbrod­ni, bo popełniali je wyłącznie esesmani, gestapo, może jeszcze jakieś inne forma­cje policyjne. Niestety, przekaz płynący z Europy Zachodniej często współgrał z tym szerzonym mitem. Weźmy bardzo popularny, w telewizji często emitowany brytyjski film, „Orzeł wylądował” o za­machu na Churchilla, w którym grupa ko­mandosów niemieckich pokazana została jako rycerze ginący bohatersko w kościele w Szkocji, prawie co do jednego wybici. Tymczasem Wehrmacht obciąża olbrzy­mia ilość zbrodni popełnionych na Pola­kach, ale też na Żydach i innych narodach. Wehrmacht był tak samo zbrodniczy jak SS czy inne formacje policyjne.

Istnieje także mit szerokiego oporu społecznego w Niemczech wobec Hitle­ra. Dzisiaj akcentuje się, że byli ludzie, którzy przeciwstawiali się fuhrerowi, że społeczeństwo rzekomo wcale go nie popierało. Tymczasem Niemcy zaczę­li kląć na Hitlera w 1943 r„ gdy spadały pierwsze bomby z alianckich nalotów dywanowych. Niemcy, którym zbombar­dowano ich domy, mieszkania, którzy byli zmuszeni do tułaczki, dopiero wtedy zaczęli powoli rozumieć, czego dokonał Hitler. Wcześniej był masowy entuzjazm i uwielbienie wobec fuhrera. Wszelkie zatem twierdzenia, że w Niemczech był masowy ruch oporu wobec Hitlera czy NSDAP, czy sprzeciw wobec wojny, to jest mitologia. Tych kilka spisków zawią­zanych przeciwko nie oznacza, że było to zjawisko powszechne. Jestem pełen szacunku dla młodych Niemców z organi­zacji Weisse Rose, zgilotynowanych póź­niej po wyroku zbrodniczego sądu, to byli rzeczywiście bohaterowie. Ale ilu ich było? Kilkunastu. Niewiele więcej uczest­ników liczył spisek Moltkego czy zamach Stauffenberga. Stauffenberg był zresztą nastawiony bardzo antypolsko. Znamy fragmenty jego listów do żony, w których pisze, że Polacy to naród prymitywny i właściwie nadają się tylko na parobków.

Tak więc Niemcy popierali Hitlera w ogromnej masie, z wielkim entuzja­zmem i czerpali garściami z rabunku finansowego, gospodarczego, material­nego, którego dokonywali w podbitych krajach, także w Polsce.

Dzisiaj polityka historyczna w Niemczech jest realizowana także podstępem: co rusz, niby
przypadkowo, pomyłkowo, pojawiają się w prasie niemieckiej lub w mediach niemieckich określenia „polskie obozy koncentracyjne”. Nasz MSZ, nasza ambasada w tej chwili już bardzo zdecydowanie reagują na to, co przynosi pewne efekty, ale mimo to, te prowokacje ciągle się mnożą.

Przykładem ewidentnej manipulacji jest głośny, wyświetlany w Niemczech, ale niestety także w Polsce, serial tele­wizyjny „Nasze matki, nasi ojcowie”, na­szpikowany antypolskimi kłamstwami. Żołnierze AK są tam przedstawieni jako agresywni antysemici. Z kolei główni bo­haterowie filmu - Niemcy do końca za­chowują przyjaźń do swojego kolegi nie­mieckiego Żyda. To są manipulacje wręcz ohydne, wręcz wstrząsające i w dodatku szeroko oddziałujące. Filmy fabularne znajdują bowiem szeroki krąg odbiorców. Ostatnio został nakręcony w Niemczech film „Osiem dni” w stylu troszkę science-fiction, o tym, że meteoryt ma uderzyć w obszar RFN, zostaje więc na terenie ca­łego państwa wprowadzony stan wyjąt­kowy, nie wolno w ogóle opuszczać kraju. Jednak jakaś rodzina niemiecka z dziećmi przedziera się przez Polskę do Rosji, gdzie fala uderzeniowa ma nie dotrzeć. Niemcy przekradają się więc przez Polskę, niby dzisiejszą, gdzie według filmu, żyją lu­dzie prymitywni, w straszliwym brudzie, w mieszkaniach których toaleta jest od­dzielona od kuchni zasłoną foliową. Mało tego, córka tych Niemców o mało nie zo­staje zgwałcona przez jakiegoś Polaka, ratuje ją dopiero matka... Polacy są więc w tym filmie pokazani jako dzikie, prymi­tywne bestie, co odzwierciedla, niestety, także mniemanie wielu Niemców o nas. Lansowany jest obraz, że chodzimy w bu­tach gumowych i jeździmy wozami drabi­niastymi, a po naszych ulicach spacerują białe niedźwiedzie. Może przesadzam, ale naprawdę wcale niedalekie od ta­kiej wizji jest wyobrażenie przeciętnego Niemca o Polsce. Dopiero jak przyjeżdża widzi, że jesteśmy normalnym europej­skim krajem, to przeżywa szok. Dodajmy, że niemieckie środki masowego przekazu robią tu bardzo złą robotę. Czasem do­chodzi do incydentów wręcz haniebnych, jak choćby na niedawnych pływackich mistrzostwach świata w Berlinie, kiedy niemiecki spiker witający polską ekipę powiedział, że pewnie „wrócą z Niemiec naszymi samochodami”, nawiązując do prymitywnych dowcipów niemiec­kich, że jak szukasz swego samochodu, to jedź do Polski, na pewno twoje auto już tam jest.

My Polacy, zwłaszcza zaś nasz rząd, musimy wykazywać asertywność, mu­simy przeciwstawiać się fałszywej nie­mieckiej polityce historycznej i w ogóle fali antypolonizmu, która ma zresztą wiele wymiarów. Wymieńmy chociażby rabunek polskich dzieci w Niemczech przez tamtejsze Jugendamty. Dzieci są odbierane rodzicom i po prostu niem­czone pod byle pretekstem. Te jugendam­ty realizują właściwie politykę porywania naszych chłopców i dziewczynek, podję­tą już w czasie II wojny światowej. Nie możemy się na to zgadzać, musimy też protestować przeciwko próbom zrzuca­nia na nas win za zbrodnie niemieckie, które są podejmowane w Niemczech bez przerwy. Musimy także upomnieć się o to, co jest dla nas ważne - o od­szkodowanie, o reparacje. To jest sprawa podstawowa. Niemcy dokonali przecież w Polsce tyle zła, zamordowali tylu ludzi, zniszczyli nasz kraj, opóźnili nasz rozwój gospodarczy, zrabowali nasze dobra ma­terialne i dobra kultury, korzystali z nie­wolniczej pracy Polaków i ich dóbr natu­ralnych. Teraz mają moralny obowiązek za to zapłacić.

Gdyby przeprowadzić dzisiaj analizę, ile jest w mieszkaniach niemieckich polskich mebli, dy- wanów, bibelotów, dziel sztuki, prawdopodobnie byłyby to miliony czy dziesiątki milionów przedmiotów, które całymi pociągami płynęły z Polski do Niemiec, zwłaszcza po Powstaniu Warszawskim. Także za to wszystko należy nam się odszkodowanie i my tego odpuścić nie mo-
żemy. Musimy te sprawy podnosić, mamy do tego moralne prawo. Jest to także nasz moralny obowiązek, żeby upomnieć się odszkodowanie za rabunek, za znisz­czenie Warszawy, za ofiary egzekucji, obozów koncentracyjnych, zbrodniczych eksperymentów medycznych, niewol­niczej pracy Polaków, których blisko min pracowało za darmo, którzy byli poddawani okrutnemu traktowaniu, maltretowani, bici i głodzeni. Prezydent Niemiec powiedział ostatnio, że żałuje przeprasza. To dobrze, tylko że teraz na­leży przystąpić do porządnej spowiedzi. Jednym z warunków rozgrzeszenia jest zadośćuczynienie Panu Bogu i ludziom. Więc także nam to zadośćuczynienie się należy. Słowa są ważne. Ale gdyby oprócz słów prezydent Niemiec podczas ostat­niego pobytu w Polsce przywiózł ze sobą chociażby zrabowaną romańską kołatkę z Czerwińska, wymiar jego wizyty byłby zupełnie inny...

WPIS Nr 10/2019