Albowiem poznaje Pan drogę sprawiedliwych, a droga grzesznych zaginie

Ps 1

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.

I Kor 6, 12

Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj

św. Paweł z Tarsu

Ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie pokładam nadzieję. W Bogu uwielbiam Jego słowo, Bogu ufam, nie bede się lękał: cóż może uczynić mi człowiek?.

Ps 56, 4-5

 Ks. Henryk Krukowski - Opowieści -Gromnica

Zima nie miała wcale zamiaru odejść, przeciwnie na początku lutego zaczęły się jeszcze większe mrozy. Do siedzib ludzkich zaglądały coraz częściej ptaki i inne polne zwierzęta. Ludzie wynosili za stodoły trochę siana, słomy owsianej i ziarno gorszego gatunku zwane popularnie pośladem. Najbardziej było żal drzew owocowych, których w tych stronach nie było zbyt wiele, ponieważ piaskowa i sucha gleba nie nadawała się do zakładania sadów. Drzewa te owijano prostą słomą, ale w tak wielkie mrozy nie dało się ich całkowicie uchronić od zniszczenia, najczęściej nad ranem z głośnym hukiem pękały. Obserwowano jaki będzie dzień w uroczystość Matki Bożej Gromnicznej, jeśli mroźny, to według ludowych wróżb oznacza szybki koniec zimy oraz gorące i suche lato. Jeśli w ten dzień zaświeci słońce i z dachu pociekną krople wody ze stopionego śniegu, to zima będzie jeszcze długa a lato mokre. Nawet popularne przysłowie potwierdzało te wywody - „jeśli na Gromniczną z dachu ciecze, to zima się jeszcze powlecze”. Chociaż uroczystość Gromnicznej czy raczej Ofiarowania Pańskiego nie należała do obowiązujących świąt kościelnych, to niemal wszyscy w ten dzień świętowali i szli do kościoła ze świecami w ręku zwanymi gromnicami. Najlepsza gromnica powinna być wykonana z prawdziwego pszczelego wosku, dość dużych rozmiarów tak, aby służyła przez wiele lat. Oczywiście każda taka świeca obowiązkowo powinna być obwiązana pasmem lnu, zatrzymującego roztopiony poświęcony wosk, który nie miał prawa upaść na ziemię. Dziadek Kubuś tłumaczył, że ta poświęcona świeca jest darem dla ludzi od samego Pana Jezusa, jest Jego znakiem i pomocą, ale Pan Jezus powierzył rozdawanie łask swojej Matce. Od tej pory Ona zawsze ludziom pomaga, szczególnie w godzinę śmierci, czy też w różnych niebezpieczeństwach jak gwałtowne burze z piorunami, wojny, pożary itp. Stara Dobrzykowa mówiła, że Matka Boża w każdą noc przychodzi z gromnicą w pobliże domu gdzie ludzie się kłócą, przeklinają i upijają się. Przychodzi też w bardzo mroźne i ciężkie zimy strzegąc chłopskiego dobytku i ludzi biednych, aby nie zamarzli i nie poginęli z głodu. To wszystko oczywiście podnosiło rangę święta i dlatego tak wiele osób uczestniczyło we Mszy św. szczególnie tej z poświęceniem gromnic. Największą gromnicę zawsze przynosił do kościoła stary Stachura, który miał własną niewielką pasiekę i z wosku wylewał świece, z początku robił to tylko dla siebie i niezbyt udolnie. Z czasem sztukę wyrobu świec woskowych opanował bardzo dobrze. Jego gromnica była prosta, zrobiona z jasnego pachnącego wosku, z wymyślnymi ozdobami i zawsze dobrze się paliła. Kiedy zauważono jak ładne są gromnice w jego wykonaniu ludzie zaczęli go prosić, aby robił to także dla nich. Dość długo odmawiał wszystkim proszącym tłumacząc, że jest to tylko i wyłącznie jego dar dla Matki Bożej, ale gdy kobiety bardzo nalegały zgodził się na wyrób świec dla innych nie biorąc jednak zapłaty w pieniądzach, lecz wosk. Tej zimy Stachura ważący dobrze ponad 100 kg szedł wraz z innymi do kościoła ze swoją dużą i piękną gromnicą jak zawsze głośno rozmawiając. Szli przez pola i łąki na skróty, wszak wszędzie było dużo śniegu. Zaspy śniegowe stwardniały do tego stopnia, że można było po nich chodzić jak po małych górach. W pewnym momencie pod jego nogami zatrzeszczało i nim chłop zdążył coś powiedzieć, to już zapadł się po samą głowę. Okazało się, że w tym miejscu był głęboki rów, na szczęście prawie suchy. Pokrywa śnieżna nie wytrzymała ciężaru ciała potężnego mężczyzny, który z trudem wygramolił się przy pomocy innych osób z niespodziewanej pułapki. Kobiety żartowały, że to był pierwszy upadek Stachury, jemu samemu nie było do śmiechu, bo miał pełno śniegu w butach, za koszulą i w spodniach. W czasie upadku gromnica przełamała się na dwie części co bardzo zmartwiło chłopa. Złamana gromnica to zły dla niego znak, może oznaczać złamanie ręki albo nogi, może też oznaczać śmierć kogoś z rodziny, ponieważ był samotny to na pewno śmierć przyjdzie po niego. Mężczyźni przekonywali starego, że to zabobon, w który tylko on sam wierzy, ale Stachura milczał przez całą drogę. Podczas Mszy św. poszedł do spowiedzi, odbył długą spowiedź, jakby z całego życia.

Po powrocie z kościoła do domu poświęconą gromnicę zapalano i jej płomieniem wypalano znak Krzyża na głównej belce mieszkania. Najpierw z papieru należało wyciąć odpowiedni szablon, następnie namoczyć go w wodzie i przylepić do belki lub sufitu. Gdy szablon trzymał się dobrze wtedy gospodarz brał do ręki gromnicę i kopciem świecy znaczył Krzyż mówiąc przy tym słowa krótkiej modlitwy: „Niech Pan Jezus i Matka Boska mają ten dom w swojej opiece i strzegą przed złym duchem”. Potem to samo ale już bez szablonu powtarzano przy każdym oknie i drzwiach a zapaloną gromnicę stawiano na stole. Po zgaszeniu była przechowywana najczęściej na ścianie obok obrazu. Zapaloną gromnicę wkładano do ręki w chwili śmierci kogoś z rodziny odmawiając przy tym modlitwy za konających. Umierający był szczęśliwy, że są przy nim najbliżsi a w znaku świecy jest obecna Matka Boża z Dzieciątkiem na ręku jak w świątyni Jerozolimskiej. W tydzień po Gromnicznej niespodziewanie zmarł Stachura, sąsiadka pomagająca mu w pracach domowych zauważyła, że zaczął się dusić, nie mogąc w tej sytuacji pomóc zdążyła jeszcze włożyć mu do ręki zapaloną złamaną gromnicę. Obecni na pogrzebie sąsiedzi i znajomi byli bardzo przejęci tym, że wróżba Stachury tak szybko się spełniła.

Na Gromniczną zwożono do kościoła dzieci, aby je ochrzcić. Nie wiadomo dlaczego ten dzień wybierano, Dobrzykowa mówiła, że dobrze chrzcić dzieci w to święto, bo sama Matka Boska w ten dzień małego Jezusa przyniosła do kościoła. Z Dębic do kościoła kawał drogi, wszędzie dużo śniegu, dojechać można tylko sankami. U Gienaka urodziło się dziecko na samego Sylwestra, ojciec chciał dać mu na imię Sylwester, ale reszta rodziny nie zgadzała się, więc postanowiono, że dadzą chłopcu po dziadku na imię Aleksander. Wyszykowano sanie, małego Olesia włożono w okazały becik, owinięto w chusty i koce. Rodzice z chrzestnymi przez pola i zaspy ruszyli sankami zaprzęgniętymi w dwa konie do kościoła. Jechali dość szybko, wcześniej na rozgrzewkę kapkę wypili, wiadomo, w takiej sytuacji poprawia się humor, rodzi się chęć do rozmowy, ale jednocześnie traci się poczucie rzeczywistości. Gdy weszli do świątyni, przed chrztem ksiądz kazał dziecko uwolnić z wszystkich przyodziewków z wyjątkiem becika, jakież było zdumienie rodziny, gdy nie znaleźli wewnątrz ani dziecka ani becika. Zrozumieli, że podczas jazdy i ich beztroskiej rozmowy dziecko po prostu się wysunęło. Szybko wrócili tą samą drogą, na szczęście dostrzegli zawiniątko w pobliżu największej zaspy. Stary becik był tak dobry i ciepły, że dziecku nic się nie stało. Wrócili więc do kościoła gdzie mała zguba przyjęła chrzest.